czwartek, 8 sierpnia 2013

Rozdział 21

Tak jak obiecałam - moje słegowe zdjęcie z balu gimnazjalnego. Bez hejtów, pls. Od lewej: Maciek, ja i Wercia :3 MY TACY CELEBRYCI ;-;

Wybaczcie, żeście tak długo musieli czekać na nowy rozdział, ale, jak sami zobaczycie, jest dosyć długi.
(Taaa, wiem, to nie jest wytłumaczenie...)
_____________________
Otarłam łzy z oczu i uśmiechnęłam się szeroko do Jamesa.
 - Ale teraz już wszystko jest ok? - zapytałam ostrożnie. Mężczyzna westchnął, wzruszywszy ramionami, a potem również uśmiechnął się.
 - Może nie zapomniałem, ale się z tym pogodziłem. Z lekką pomocą chłopaków.
 - Oni naprawdę potrafią poprawić humor. - zachichotałam.
 - Masz rację. Jak zawsze. - odparł Maslow, szczerząc równe, białe zęby w promiennym uśmiechu. Wstał z sofy, przeciągając się. - Przynieść ci herbatę? - zapytał uprzejmie.
 - Pewnie, aniołku. Dziękuję. - obdarzyłam go kolejnym uśmiechem i usiadłam wygodniej, przykrywając się kocem. Było mi ciepło i przyjemnie, chociaż opowieść Jamesa błąkała mi się po mózgu, zasnuwając myśli lodowatą, gęstą mgłą. Maud... Ona była prawdziwą artystką. Zdolną do niszczenia, nie tak jak ja. Nie wiem, czy była ode mnie odważniejsza, czy tchórzliwsza... W końcu podcięła sobie żyły, podczas gdy ja, zawsze zatrzymywałam się na krawędzi.
Zwiesiłam głowę. Zauważyłam, że mam tendencję do robienia z siebie ofiary. Podobnie było z Keithem. Przecież w równej mierze byliśmy winni. Raniłam go, dobrze o tym wiem. Tak samo dzisiaj. Przejmowałam się tylko moim bólem, moim cierpieniem związanym z Keithem, a nie zauważyłam tego, jak wokół Jamiego gromadzą się wspomnienia zdolne niszczyć. Po raz drugi tego dnia zawładnęło mną poczucie winy.
Rozmyślania przerwali mi Carlos, Kendall i James, którzy weszli do salonu. Schmidt dzierżył tacę na której stał dzbanek z herbatą i filiżanki. Chwilę potem wszyscy siorbaliśmy gorący napój. Cudowne rozluźnienie rozlało się po moim ciele, gdy napiłam się herbaty. Patrzyłam na nich z uśmiechem wdzięczności poprzez delikatne nitki pary unoszące się znad dzbanka. Jak tylko skończyłam pić, odłożyłam filiżankę i wstałam z sofy.
 - Słuchajcie chłopaki, muszę pojechać do domu. Zakonserwuję swój nowy obraz, zadzwonię do jednego faceta, no i wezmę prysznic, po czym położę się z jakąś dobrą książką. Dziękuję za wszystko i przepraszam, że musieliście po mne sprzątać, i że napędziłam wam stracha. Odwieziecie potem Alice?
 - Pewnie, Lorrie. - odparł z uśmiechem Carlito. - Ale nie sądzę, żebyś teraz mogła jechać sama. Niech ktoś z tobą pojedzie.
 - Właśnie. - zgodził się James. - I jak chcesz, pożycz "Upadek gigantów".
 - Jasne, dzięki. - uśmiechnęłam się. - Kendall, pojedziesz ze mną?
 - Już się robi. - odpowiedział blondyn, po czym oddalił się, by założyć buty. Ja tymczasem przytuliłam Carlosa, a potem bardzo mocno Jamesa, dając mu jeszcze buziaka w policzek.
 - Trzymaj się Jamie. - szepnęłam mu do ucha, a następnie ubrałam swoje buty i wraz z Kennym wyszłam z domu. - Pożegnajcie ode mnie Logana! - rzuciłam jeszcze za siebie.
Po niecałej minucie sunęłam rolls roycem z Kendallem za kierownicą i cały świat wydawał mi się być sennym marzeniem.
 -  Biały samochód trzeba będzie często myć. - zagadnął blondyn, uśmiechając się tak, że widać było jego dołeczki.
 - Nie widzę w tym problemu. - wzruszyłam ramionami. Uśmiech Kenny'ego był zaraźliwy. Trochę bałam się, zważywszy na to, co stało się z cadillakiem, ale łagodny głos Schmidta i spokojne ruchy rąk przy zmienianiu biegów natychmiast mnie uspokoiły. Kendall włączył radio.
Usłyszałam parę dźwięków piosenki Keitha, której teledysk zobaczyliśmy w telewizji, lecz zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć - i pomyśleć - Schmidt szybkim ruchem ręki wyłączył radio, uśmiechając się przepraszająco. Udałam, że nie zauważyłam tego.
Gdy zaparkowaliśmy przed domem, Kendall oddał mi kluczyki i wysiadł. Ja podążyłam za nim.
 - Pa. - powiedział blondyn, przytuliwszy mnie.
 - Czekaj, nie wejdziesz? - zapytałam. - Jak wrócisz do domu?
 - Nie, nie chcę się narzucać, poza tym, mam coś do zrobienia... Wrócę piechotą, to nie jest daleko, gdy zna się skrót.
Westchnęłam.
 - Dobrze, aniołku. - powiedziałam miękko, po czym pocałowałam go w policzek. - Dziękuję ci za wszystko. Powodzenia.
Rozeszliśmy się, nie oglądając się za siebie.
***
Przez parę kolejnych dni, wszędzie trąbili o Keithie. Doprowadzało mnie to do szału. Nie mogłam włączyć radia, żeby nie słyszeć wywiadu z nim, jego piosenki, czy choćby wzmianki o nim. Cieszyłam się, że nareszcie spełniał swoje marzenia, i że przychodziło mu to tak łatwo po czterech latach bezowocnych prób, jednakże przypominała mi się zawsze nasza ostatnia rozmowa i traciłam dobry humor. Wiedziałam, że muszę z nim pogadać, ale nie wiedziałam jak. Najpewniej nie było go w L.A.  Koncertował gdzieś po Stanach, a ja nie miałam najmniejszego zamiaru jeździć za nim dla paru minut rozmowy. Numer telefonu Keitha zaś, zniknął z mojej karty zaraz po naszym zerwaniu. Alice nic nie mówiła, obserwowała mnie tylko, jak w rozdrażnieniu krążę po domu jak więzień w celi, we wczorajszych ubraniach i z tłustymi włosami, śmiejąc się pod nosem. Kiedyś w ryj dostanie, ot co.
Wszystko to skończyło się czwartego poranka, gdy listonosz przyniósł mi list polecony. W nadawcy widniało imię i nazwisko - ostatnie, jakie spodziewałabym się zobaczyć.
Keith Wood
Alice, która zajrzała mi przez ramię, wydała z siebie zduszony okrzyk. Wymieniłyśmy się ponurymi spojrzeniami, po czym, jak skazańce, powędrowałyśmy do kuchni, gdzie rzuciłam kopertę na stół i nie dotknęłam jej, póki obie nie wypiłyśmy po sporym kieliszku martini. Gdy przełknęłam ostatni łyk alkoholu, zerknęłam w stronę listu z obrzydzeniem, jakby był ścierwem kota przejechanego przez auto, leżącym na podjeździe. Czarnowłosa wskazała mi kopertę ruchem głowy. Westchnęłam. 
Otworzyłam i zaczęłam czytać.
Lorrie!
Mam nadzieję, że list zastaje cię w dobrym zdrowiu.Gdy żegnaliśmy się ostatnim razem, zapomniałem powiedzieć Ci, że zostałem zauważony przez pewnego menagera, który pomógł mi i moim piosenkom bardziej trafić do ludzi. Pewnie już widziałaś mój teledysk. Czy ci się spodobał? Myślę, że tak. Ja w każdym razie jestem zadowolony. Pewnie jesteś ciekawa, dlaczego do Ciebie napisałem. Otóż, mam dla Ciebie sześć biletów na mój koncert w Santa Ana. To niedaleko od L.A, prawda? Chciałbym, żebyś zobaczyła, jak bardzo rozwinąłem się od tego czasu, gdy grałem w małych, zadymionych knajpkach. To będzie coś naprawdę dużego, i chciałbym, abyś zabrała Alice i żebyście obie wzięły ze sobą po dwie osoby. Myślisz, że będziesz miała czas? Jeśli nie - nie odsyłaj biletów. Po prostu daj je komuś innemu, spal, albo wyrzuć - co tylko chcesz.
Keith.
W kopercie znajdowały się również bilety. Koncert miał odbyć się, według informacji podanych na odwrocie, we wtorek, czyli za trzy dni. Przełknęłam ślinę. Jakkolwiek bardzo nie chciałam iść, była to świetna okazja, by posłuchać dobrej muzyki na żywo - i oczywiście rozmowy z Keithem. Chyba to przewidział, bo jeden z biletów był z wejściem za kulisy. Schowałam go do kieszeni dresów, a resztę wcisnęłam razem z listem do ręki Alice.
  - Zrób coś z tym. - mruknęłam.
Czarnowłosa szybko przeczytała tekst, a potem przestudiowała bilety.
 - Bierzemy chłopaków? - spytała.
 - Dobry pomysł. Przyda mi się wsparcie duchowe. Może pojedziesz do nich?
 - Jasne, właśnie miałam taki zamiar. Jedziesz ze mną?
 - Nie. - odparłam. - Zapalę sobie i posłucham winyli.
 - Jak chcesz. - Alice wzruszyła ramionami.
I tak właśnie żyłam przez kolejne trzy dni. Paliłam zielsko, słuchałam winyli, nie robiłam nic. Aż do tego dnia, wyznaczonego na kawałku papieru, który był tak naprawdę dniem mych ponownych narodzin.
***
Wstałam późno, po czym niespiesznie wzięłam długą, odżywczą kąpiel, która spłukała ze mnie warstwę brudu, jaka rosła na mnie przez ostatnie dni, gdy nie wychodziłam z domu, nie myłam się, tylko siedziałam, patrząc  w sufit jak na ósmy cud świata. 
Spojrzałam na zegarek. Była dwunasta, a koncert zaczynał się o osiemnastej. Do Santa Ana jedzie się około czterdziestu minut, więc miałam dużo czasu. Na schodach minęłam się z Alice, która powiedziała mi, że chłopcy przyjadą terenówką Carlosa o siedemnastej. Weszłam na górę, do mojego pokoju, gdzie otworzyłam drzwi do garderoby. Westchnęłam. Rozsunęłam lustrzane drzwi wielkiej szafy, żeby zagłębić się w gąszcz sterylnie zapakowanych ubrań - miękką, szeleszczącą otchłań pachnącą naftaliną i leśnym odświeżaczem powietrza.
Hmmm... Koncert Keitha.
Wybrałam półprzeźroczyste czarne rajstopy, plisowaną spódniczkę z ekologicznej skóry i kremową jedwabną koszulę, a do tego zabawną muszkę na szyję. Co do butów, postawiłam na zwykłe, czarne szpilki z zamszu. Wszystkie te ubrania położyłam w pokoju. 
Wyregulowałam brwi, ogoliłam nogi i pachy, nałożyłam balsam do ciała, wtarłam w skórę różany olejek, po czym spryskałam się Chanel. Zrobiłam wieczorowy makijaż, a potem ułożyłam włosy w miękkie fale spływające kaskadami po ramionach. Westchnęłam. Zegarek wskazywał czternastą. Ubrałam się, po czym zeszłam na dół, by zrobić sobie coś do jedzenia i herbatę. Po "śniadaniu", spojrzałam tęsknie w stronę drzwi do piwnicy. Alice nigdzie nie było. 
 - YOLO. - powiedziałam do siebie, westchnąwszy, a potem przeszłam przez rzeczone drzwi, aby przynieść bongo. Wypaliłam resztkę Holandii, którą miałyśmy z Alice i spojrzałam na przygotowany przeze mnie bilet z wejściówką za kulisy. Zielsko sprawiło, że po moim ciele rozlało się cudowne odprężenie. Zaczęłam się rozglądać za moją ulubioną torebką w kształcie kokardki. Znalazłam ją na wieszaku w holu. Z głupim uśmiechem na twarzy, spakowałam do torebki klucze, błyszczyk, telefon i bilet. Spojrzałam w lustro i zmarszczyłam brwi. Mimo perfekcyjnego makijażu, miałam cienie pod oczami, co upodabniało mnie wyglądem do wampira. Szczególnie z tą krwistoczerwoną szminką. Wzruszyłam ramionami, a potem poszłam poczytać "Upadek gigantów".
Za piętnaście siedemnasta Alice wyłoniła się z gościnnego pokoju, ubrana w czerwoną sukienkę w białe groszki i arcywysokie szpilki. Przywitała mnie uśmiechem tak szerokim, że mogłam policzyć jej wszystkie zęby. 
 - Gotowa? - spytała.
 - Nie bardzo. - odparłam kwaśno, po czym zabrałam się z nią na dół. Po chwili, pojawili się chłopcy, którzy przywitali się ze mną radośnie. Szczególnie Logan. Spojrzałam na niego podejrzliwie.
 - Czy coś przegapiłam? - zapytałam. Wszyscy energicznie pokiwali głowami.
 - Ale nic ci nie powiemy, dopiero potem, po koncercie. - rzekł Kendall, przytuliwszy mnie. 
 - Okej. - westchnęłam, po czym bez przekonania wsiadłam do auta. Pojechaliśmy do Santa Ana, kierując się autostradą I-5.
***
Głupie korki! Z lekkim spóźnieniem wtargnęliśmy na salę, gdzie sprawdzono nam bilety, a potem dopchaliśmy się do swoich miejsc na samym przodzie. Scena była dosyć duża i dobrze wyposażona. Stały tam rzędy mikrofonów, stojaki na gitary oraz perkusja. Nad podwyższeniem zostały powieszone średniej wielkości latarnie w postaci dużych żarówek umieszczonych w przeźroczystych osłonkach w kształcie walców. Żarówki na razie były wyłączone, bo paliły się górne światła. Ze zniecierpliwienia, nie odzywałam się, z zapartym tchem obserwując, jak na scenie pojawia się orkiestra.
Orkiestra smyczkowa? Keith musiał być gwiazdą większego formatu niż sądziłam. Zaraz potem pojawiły się chórzystki w czarnych, zwiewnych kreacjach i z profesjonalnym make-upem. Potem sekcja rytmiczna. A za nimi pojawił się on, witany przez chmurę oklasków, która długo wisiała w powietrzu, zanim nie wziął do rąk gitary.
Keith ubrany był w ciemne kolory, które zawsze mu pasowały. Miał na sobie skórzaną kurtkę. Tę, którą ubrał na naszej pierwszej randce. To dziwne, że na swój koncert ubrał się w prywatne ciuchy, a nie coś, co przygotowali mu styliści. Przypomniało mi się, jak mówił, że on zawsze będzie sam sobie stylistą. Wtedy się z tego śmiałam, ale teraz moje ograniczenie machało mi przed nosem ze swojej krainy absurdu. Westchnęłam, gdy jego błękitne oczy spojrzały na mnie. Uśmiechnął się, ja też. Pomachałam lekko, a on skinął mi głową. Zachichotałam. A jednak, byłam w błędzie. Nasz kontakt nie zanikł.
Odchrząknął i wymamrotał coś do mikrofonu. Brzmiało jak "Witam wszystkich dzisiejszego wieczoru.".
 - Zagram wam set złożony z trzech piosenek. Ta, nosi tytuł "Broken".
A potem światła zgasły.
Latarnie zapłonęły płowym, złocistym blaskiem. Serce wypełniło mi się kurzem, który spływał z sufitu, mieniąc się jak brokat w ich świetle. Moje uszy wypełniły się najcudowniejszą piosenką, jaką kiedykolwiek słyszałam, a sny widokiem Keitha, spełniającego swoje marzenia.